Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wegańskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wegańskie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 11 sierpnia 2016

na starym polesiu bez (większych) zmian // dzień dobry po roku!

Ostatni wpis tutaj niemal równy rok temu. I założę się, że myśleliście, że już nie wrócę. No tak, ja też tak myślałam, ale ostatnio paru przyjaciół upominało się o starego dobrego bloga, no to jestem ;)

Spojrzałam na tę ostatnią notkę sprzed roku, pisałam wtedy że mijają właśnie trzy lata, od kiedy nie jem mięsa. No więc dziś stuknęły już cztery lata, a w tym ostatni miesiąc na weganie.

I o tym właśnie będzie dziś parę słów. Bo o ile z wegetarianizmem przyszło mi bardzo łatwo i bezboleśnie, o tyle z weganizmem szło mi raczej ciężko. Już rok temu pisałam o tym, że eliminuję z diety jajka, krowie mleko i większość nabiału i tak było właściwie przez cały ten czas, ale miałam trudność z takim pełnym weganem, ciągle tłumaczyłam się brakiem czasu, że bywa tak, że trzeba coś zjeść na szybko i łapie się pierwszą lepszą rzecz w sklepie, no a jednak nadal, mimo że jest już sto razy lepiej niż kiedyś, to nie kupisz w każdej żabce czy innym freshu jakiegoś sensownego gotowca na obiad.

Teraz widzę, że wystarczy trochę bardziej myśleć na bieżąco, żeby zawsze mieć jakiś ratunek w lodówce, jakiś zapas warzyw, świeżych albo w konserwach, makaron, kaszę itd. To naprawdę nie wymaga wielkiego nakładu czasu i pracy. Nawet jak wracam późno do domu, to jestem w stanie w pół godziny zrobić sobie coś na drugi dzień do pracy.

I w tym oto miejscu chciałabym obalić dwa podstawowe mity, na które ciągle trafiam ze strony osób, które mówią, że się nie da i że w ogóle to takie utrudnianie sobie życia, czyli po 1. że weganizm jest drogi, a po 2. że jest pracochłonny.

Tzn. jasne, jeśli chcesz jeść codziennie tofu i seitana i popijać to latte z mlekiem migdałowym, to może poczujesz ubytek na swoich finansach. Ale to mniej więcej tak samo, jakby mięsożerca ciągle chciał jeść steki wołowe i krewetki tygrysie i nie wiem, co tam jeszcze.

Ale większość wegan, których znam, i sama też tak staram się robić, wykorzystuje powszechnie dostępne, tanie produkty, teraz jest o to szczególnie łatwo, kiedy wokół tyle pięknych owoców i warzyw sezonowych. I tak mój jadłospis z ostatnich tygodni to np.: kotlety z marchewki i kaszy jaglanej i frytki domowej roboty, pasztet z soczewicy, makaron z pomidorami i cukinią, a w tym momencie robię właśnie wegańską wersję makaronu z serem (tak, tak, dobrze słyszycie), o której będzie jeszcze poniżej.

I druga kwestia - czas. Te potrawy, które wypisałam powyżej, są naprawdę dziecinnie proste i robi się je ekspresowo. Jasne, czasem można trochę poszaleć i poeksperymentować, ale naprawdę można też wyżyć na ziemniakach, kaszy, bobie, pomidorach itd. :)

To wszystko to kwestia sensownego podejścia i generalnie przy każdej diecie ważne jest, żeby patrzeć na to, co się je i starać się ograniczać mocno przetworzone produkty.

Dlatego nie jest tak, że każdy weganin z automatu odżywia się dobrze i zdrowo. Można przecież jeść głównie chipsy, chleb i ciastka oreo i być niezdrowym weganinem. Tak samo, jak możesz żywić się głównie w kfc i innych mcsyfach i też będzie ci raczej źle.

Dlatego już dawno wyszłam z założenia, żeby nikogo do niczego na siłę nie przekonywać. Mnie na weganie jest dobrze, niczego mi brakuje, żaden smak niewegański nie wzbudza we mnie szczególnej tęsknoty, nic mi nie dolega, suplementuję tylko witaminę B12, bo całą resztę można wydobyć z roślin i generalnie jest ok. Ale każdemu wedle potrzeb i gustu :)

A teraz będzie przepis. Znaleziony na NEXT MY DAY.



Wegański Mac & Cheese

/ przepis - NEXT MY DAY /

Składniki:

* opakowanie makaronu rurki lub kolanka
* 2 duże ziemniaki
* 1 duża marchewka
* 1 cebula
* 2 ząbki czosnku
* szklanka płatków drożdżowych (moja koleżanka Natalia twierdzi, że można je łatwo zrobić samemu, brzmi to dla mnie jak szaleństwo, ale kto wie, może kiedyś spróbuję, na razie dałam takie ze sklepu)
* 4 łyżki oleju
* łyżeczka papryki wędzonej (pominęłam, bo nie miałam)
* łyżeczka słodkiej papryki
* pół łyżeczki ostrej papryki
* stołowa łyżka musztardy (najbardziej żółtej)
* 2 łyżki sosu sojowego
* pieprz i sól do smaku

Wykonanie:

Makaron gotujemy wg przepisu na opakowaniu, ale 5 min krócej. Odcedzamy.

Do gotującej się wody wrzucamy obrane ziemniaki, marchewkę, cebulę pokrojoną w piórka, dwa ząbki obranego czosnku. Gotujemy aż warzywa staną się bardzo miękkie.

Jeszcze gorące warzywa przerzucamy do naczynia w którym będziemy je miksować. Nie wylewamy wody. Do warzyw dodajemy wszystkie pozostałe składniki plus szklanka wody w której gotowały się warzywa. Blendujemy, aż masa stanie się gładka i ciągnąca. Bardzo ważne jest, aby miksować gorące warzywa. Za aksamitność i efekt ciągnącego się „sera” odpowiada skrobia z gorącego ziemniaka. Doprawiamy do smaku.



Robiłam pierwszy raz. Wygląda, pachnie i smakuje naprawdę jak American Mac & Cheese. No i jest zdrowsze od wersji oryginalnej. A w środku ziemniaki, cebula, marchew i parę innych rzeczy, doskonale udających ser, szaleństwo jakieś! Polecam zdecydowanie.

Postaram się tu czasem zaglądać, chociaż nie obiecuję, wiadomo ;) Jeśli zastanawiacie się, co u Fiodora, to uspokajam, wszystko dobrze, nie zmądrzał, nie uspokoił się, nadal ma fafulki. Poniżej stan faktyczny, z dzisiaj:



Na dziś tyle. Na koniec życzę sobie i wam, żeby to lato nas jeszcze trochę rozpieściło. Na wszelkie możliwe sposoby :)

środa, 8 lipca 2015

nieoczekiwany powrót, wywołany pewną rocznicą ;)

Halo, jest tam jeszcze ktoś?

Szczerze wątpię, bo nawet ja sama zapomniałam o tym blogu. Ale dziś jakoś tak naszło mnie na wspomnienia, przeleciałam przez stare wpisy i napotkałam na odkrycie, że właśnie mijają równo trzy lata, od kiedy nie jem mięsa!

Hmm, dziwne, bo wydawało mi się, że to znacznie dłużej. Prawdę mówiąc, zupełnie już zapomniałam, jak to było jeść mięso. I wiecie co? Nawet raz, od kiedy je rzuciłam, nie zatęskniłam. A w tym momencie mięso nie jest dla mnie czymś, co się je. Kojarzy się raczej z brzydkim zapachem i podskórnym cierpieniem.

Przez ten czas miałam częste fazy na weganie. I cały czas skłaniam się ku temu, a powodem, dla którego jeszcze zupełnie nie wyeliminowałam produktów mleczych, jest tylko i wyłącznie permanentne zabieganie i zjedzenie czasem czegoś na szybko.

W lodówce już od dawna nie mam ani jajek, ani krowiego mleka. Wypróbowałam setki przepisów wegańskich i, nieskromnie mówiąc, wydaje mi się, że jestem w tej kuchni całkiem niezła. A przynajmniej tak twierdzą ci, których dokarmiam :) No ale czasem nadal zdarza mi się sięgnąć w sklepie po coś ze składnikami nie do końca roślinnymi. Przyznaję się do ostatniego, letniego grzechu - lody. Ehh... (Magnum Tiramisu, o mamoooo)

Chyba muszę tu sobie postanowić, przy świadkach, że będzie bardziej na weganie. Trzymajcie kciuki!

No i to chyba tyle chciałam dziś napisać, żeby nie zapomnieć. Tak dawno mnie tu nie było, że nawet nie jestem w stanie zrobić podsumowania - co u mnie, co się zmieniło itd... Chociaż jak tak czytam te stare wpisy, to stwierdzam, że w sumie niewiele się w moim życiu zmieniło. Tylko czasu ciągle coraz mniej, bo zaplątuję się w coraz to więcej absorbujących rzeczy :)

Niech na razie będzie tak, trochę enigmantycznie ;) Ale może jeszcze niedługo tu wrócę, a co! Z jakimś przepisem. Bo dziś niestety zakończę bez.

Wy, którzy jakimś dziwnym trafem się tu zagubiliście, podnieście ręce do góry! Fajnie byłoby wiedzieć, że ktoś znalazł się przypadkiem na tym opuszczonym końcu Internetu ;) He he...

niedziela, 9 lutego 2014

niedzielny obiad: kotlety sojowe z frytkami

Niedziela. I wiosna! Wiem, że to może być przedwczesna ekscytacja, bo zima pewnie jeszcze będzie chciała pokazać, na co ją stać, ale co tam. Jest pięknie!

W południe był spacer, Fiodor poznał nowych kumpli, wybiegał się za wszystkie czasy.

Po południu obiad. Tradycyjny, chociaż w wersji wegańskiej. Kotlety sojowe i (zdrowe) frytki.

W moim dotychczasowym wegetariańsko-wegańskim gotowaniu unikałam soi. Bo to materiał wymagający - trzeba długo namaczać, potem długo gotować, strasznie to czasochłonne. Ale że kotlety sojowe dostępne w sklepach przypominają mi w smaku namaczany papier, postanowiłam spróbować zrobić je sama. Skorzystałam z przepisu Kasi Weganki. Wyszły super, polecam!


Kotlety sojowe z sezamem

/przepis - Kasia Weganka/

Składniki:
100g ziaren soi (po ugotowaniu ok 200g)
2 łyżki sosu sojowego (+dodatkowo do polania już usmażonych kotletów)
2 łyżki zmielonego sezamu (+sezam na panierkę)
4 łyżki mąki ziemniaczanej
olej do smażenia
przyprawy

Soję moczyłam przez noc w wodzie, ugotowałam, a następnie zblendowałam.
Dodałam mąkę, zmielony sezam i sos sojowy. Do tego trochę ciepłej wody, żeby uzyskać bardziej klejącą się konsystencję. Dodałam przyprawy: sól, pieprz, ostrą paprykę i zathar.
Uformowałam kotlety, obtoczyłam w ziarnach sezamu i smażyłam do zezłocenia.

Frytki z piekarnika

Składniki:
5 sporych ziemniaków
olej
ulubione przyprawy (u mnie: sól, pieprz, ostra papryka, zioła prowansalskie)

Ziemniaki obieram i kroję na frytki. Mieszam z paroma łyżkami oleju i przyprawami. Wysypuję na blachę wyłożoną papierem do pieczenia. Piekę przez ok. 40 minut w temperaturze 220 stopni.

Voilà, obiad podano!


niedziela, 2 lutego 2014

zima. rozgrzewające curry. ziemniaki i groszek

Jest zima i na obiad chciałoby się zjeść coś rozgrzewającego. Dlatego już drugi raz w tym tygodniu robię curry. Pierwsze było z bakłażanem i papryką.
Dzisiejsze - z ziemniakami i groszkiem. A do tego ryż jaśminowy.

Uwielbiam curry z kilku powodów - robi się je bardzo szybko, można dodać praktycznie wszystko i zawsze wychodzi. Najczęściej dodaję czerwoną pastę curry, a dodatkowo dużo kurkumy i kumin. I o tej porze roku koniecznie świeży imbir!
Ostre smaki doskonale łagodzi ryż jaśminowy. Polecam!


Curry z ziemniakami i groszkiem
 
/inspiracja - Kwestia Smaku/

* 4 nieduże ziemniaki
* 1 mała czerwona cebula
* szklanka zielonego groszku
* kawałek imbiru
* 1 ząbek czosnku
* pół łyżeczki kuminu
* pół łyżki kurkumy
* pół łyżeczki ostrej papryki
* pół łyżki czerwonej pasty curry
* łyżeczka octu ryżowego
* pół łyżeczki brązowego cukru
* mała puszka mleka kokosowego
* sól
* olej
* sok z cytryny

Ziemniaki obrać i pokroić na ćwiartki. Mrożony groszek zalać na chwilę na sitku gorącą wodą, odstawić. W czajniku zagotować wodę.  Obrany imbir, czosnek i cebulę pokroić na spore kawałki, dolać 30 ml wody i zblendować na pastę.
W garnku rozgrzać łyżkę oleju, dodać przygotowaną pastę i kumin, podgrzewać kilka minut, często mieszając.
Dolać ok. 150 ml gorącej wody, dodać kurkumę, paprykę, ziemniaki, ocert ryżowy i cukier. Wymieszać i  cały czas gotując, dodawać stopniowo mleko kokosowe. Garnek przykryć i gotować na małym ogniu ok. 40 minut.
Pod koniec gotowania wstawić ryż. Zdjąć pokrywkę, zwiększyć ogień i gotować jeszcze kilka minut aż do zgęstnienia. Dodać groszek i gotować kolejne 3 minuty. Zdjąć z ognia. Skropić sokiem z cytryny. 
Podawać z ryżem jaśminowym (w oddzielnych naczyniach).

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Vegan Package Swap po raz pierwszy!

O Vegan Package Swap pisałam już wcześniej i obiecałam relację po pierwszej wymianie. Moja paczka dotarła już parę dni temu i doczekała się nawet notatki na blogu mojej pary z Niemiec - Ines - klik (chyba spełniła oczekiwania, z czego się bardzo cieszę :). Ja natomiast dostałam wyczekiwaną paczkę dziś i również śpieszę ze sprawozdaniem.

Już zapomniałam, jakie to fajne uczucie dostawać paczkę niespodziankę! :)


A w środku przeróżne produkty, których chciałoby się od razu spróbować...


Zawartość mojej paczki to w przeważającej ilości słodkości, co mi wcale nie przeszkadza ;) Jest parę produktów z serii enerBio, znanej z naszego Rossmanna, ale są też takie, których w Polsce na pewno się nie dostanie. Całość kolorowa i zachęcająca.


Krem o smaku gorzkiej czekolady, krem do smarowania curry mango papaya (już się nie mogę doczekać, aż spróbuję!), pikantne migdały (otworzyłam jako pierwsze, super przegryzka) i gorzka czekolada z miętą.


Dalej: owocowe snacki, herbata sweet chili (naprawdę zaskakujący słodko-pikanty smak), mieszanka do marokańskich burgerów i mleczko do ciała o żywym, pobudzającym zapachu (super, że do paczki trafiło też coś z kosmetyków!). 


A do tego jeszcze: kandyzowany imbir, wafle orzechowe i owocowy batonik.


Po pierwszej wymianie jestem jeszcze większą entuzjastką całej akcji, niż tylko w teorii. Najfajniejszy w tym wszystkim jest element zaskoczenia, ale też kontakt z nowo poznaną osobą, nastawioną bardzo życzliwie i równie entuzjastycznie. 
Na pewno jeszcze wezmę udział w wymianie, choć pewnie nie co miesiąc, bo koszty przesyłki są jednak spore...
Wrażenia naprawdę baardzo pozytywne, z czystym sumieniem mogę polecić Vegan Package Swap (nie tylko weganom, ale wszystkim ciekawym nowych smaków)! :-)

niedziela, 12 stycznia 2014

wegański weekend

Tak się składa, że weekend to jedyny moment, kiedy mam czas urzędować w kuchni. W tygodniu ostatnio naprawdę nie ma kiedy. Dlatego już w sobotę rano kombinuję, co by tu dobrego zrobić, żeby wynagrodzić sobie cału tydzień jedzenia w biegu.

W ten weekend postanowiłam wypróbować kilka wegańskich przepisów, które od dawna chodziły mi po głowie. Na obiad kotleciki z marchewką i kaszą jaglaną (o których będzie innym razem), po raz kolejny pasztet z soczewicy z żurawiną, który jest absolutnie obłędny (przepis z Jadłonomii, jeszcze o nim napiszę), a na deser wegańskie ciasto marchewkowe.

Jestem fanką tego ciasta, ale zawsze robiłam klasyczną wersję, gdzie bez jajek ani rusz. Okazuje się, że można się bez nich obyć i ciasto wychodzi wspaniale. 
Kolejne odkrycie - krem z nerkowców zamiast tego z serka philadelphia. Wow! Uwielbiam wegańskie przepisy :)


Przepis na ciasto również z Jadłonomii (ta strona jest ostatnio moją absolutnie ulubioną i wszystko ZAWSZE wychodzi).

Wegańskie ciasto marchewkowe z serkiem z nerkowców

/przepis - klik, z moimi małymi modyfikacjami/

Składniki na dużą tortownicę o średnicy 25 cm

Na ciasto: 
300 g mąki [dałam 200 g normalnej i 100 g pełnoziarnistej]
250 g cukru [u mnie ciemny brązowy]
300 g marchewki
225 ml oleju
80 g orzechów laskowych, posiekanych [u mnie nerkowce]
3 łyżki siemienia lnianego, zmielonego [nie miałam, zastąpiłam mielonym lnem i też ok]
3/4 szklanki ciepłej wody
1,5 łyżeczki cynamonu
1 łyżeczka imbiru
0,5 łyżeczki mielonej gałki muszkatołowej
1 łyżeczka soli
1.5 łyżeczki sody

Na krem:
100 g nerkowców, namoczonych przez noc
1/3 szklanki mleka migdałowego [u mnie mleko ryżowe waniliowe]
2 łyżki syropu z agawy
2 łyżki soku z cytryny

Przygotowanie:
Marchew obrać i zetrzeć na grubych oczkach tarki. Siemię lniane zalać ciepłą wodą i odstawić na kilka minut. 
W dużej misce wymieszać mąkę, sodę i przyprawy. W mniejszej utrzeć olej, cukier i spęczniałe siemię, następnie połączyć suche składniki z mokrymi i wymieszać. Wylać do tortownicy wyłożonej papierem do pieczenia i piec w piekarniku rozgrzanym do 180 stopni przez około 40-45 minut.
W międzyczasie przygotować krem z nerkowców. Wszystkie składniki wlać do naczynia blendera i zmiksować na gładki krem. Wystudzone ciasto posmarować grubo kremem i posypać cynamonem. 


Im bardziej szukam i kombinuję z przepisami wegańskimi, tym bardziej przekonuję się, jakie to proste. Jest kilka produktów w kuchni wegańskiej absolutnie niezbędnych, np. kasza jaglana, orzechy nerkowca, ciecierzyca, soczewica, których można używać na milion sposobów. 
Kuchnia wegańska może być naprawdę różnorodna i zaskakująca, a ograniczenia tylko zachęcają do kreatywności. Najtrudniej jest się przekonać i spróbować, potem już z górki ;)

wtorek, 31 grudnia 2013

po raz ostatni w roku...

Jak Wam mija ostatni dzień roku??

U mnie stolik już przyszykowany, najpierw trzeba coś zjeść, żeby mieć siłę na tańce! :)


Te małe kanapki są z trzema rodzajami past: z suszonych pomidorów i słonecznika, z brokuła i fety i z czarnych oliwek i pestek dyni (inspiracja - Jadłonomia).
Obok hummus (robiony przeze mnie pierwszy raz w życiu). Wg mnie wyszedł zacnie:) Na wierzchu polałam oliwą i posypałam zatharem (taki hummus pamiętam z Tel Awiwu, pychota!). Co prawda popsułam na nim blender, ale co tam... ;)


Czekam na gości i życzę Wam pięknego roku 2014!
Niech ta noc będzie szalona... ;)

niedziela, 29 grudnia 2013

powrót do kuchni

Wiem, że wielu porzuciło już czynność zaglądania do mnie i skazało tego bloga na straty. Nie dziwię się, sama też nie myślałam, że jeszcze tu wrócę.

A jednak. Postanowiłam reaktywować bloga, żeby zmoblizować się do gotowania. Ostatnio z braku czasu i chęci wybierałam proste rozwiązania - robienie czegokolwiek na szybko, jedzenie w mieście, przekąski zamiast normalnych posiłków.
Czas, żeby to zmienić. Mam nadzieję, że nie porzucę tej myśli za chwilę (jak to już wcześniej bywało). Ale tradycyjnie nic nie mogę obiecać ;)

Poza tym coraz bardziej ciągnie mnie w stronę weganizmu. Zauważyłam, że ostatnio prawie nie używam jajek. Często kupuję mleko sojowe do kawy. Gorzej z serem i jogurtami, ale to przecież też da się zastąpić. Może spróbuję?... Bez żadnych wielkich deklaracji. Ale i tak często korzystam z blogów wegańskich i robię coraz więcej takich posiłków. Więc czemu nie...

Dziś wpadłam też przypadkowo na fajną rzecz (tak, wiem, że pewnie część z Was wie o tym od dawna) - Vegan Package Swap.
Tym, którzy nie wiedzą o co chodzi, po krótce tłumaczę. Rejestrujesz się na stronie. Dostajesz wylosowaną parę (z Europy lub z całego świata, w zależności od preferencji) i raz w miesiącu wymieniacie się paczkami z produktami wegańskimi. Koszt paczki ma być nie większy niż 15 euro (+ koszty przesyłki). Najlepiej wrzucić do niej takie produkty, które są typowo regionalne, niedostępne gdzie indziej. Tak samo zrobi wylosowana dla ciebie osoba.

Dziś się zarejestrowałam i jestem ciekawa, co z tego wyjdzie. Jak wiadomo, w Polsce z wegańskimi produktami jeszcze nadal kiepsko (chociaż i tak coraz lepiej). A dzięki tej stronie można spróbować rzeczy u nas niedostępnych (a przy okazji pewnie poznać fajnych ludzi). Zdam relację po pierwszej wymianie :)

A dziś wegański obiad. Od pewnego czasu szukałam przepisu na koftę. Natchnęło mnie po ostatniej wizycie w Green Way'u (którego wybieram sporadycznie, kiedy już naprawdę nie mam czasu i innego pomysłu, gdzie zjeść...), kiedy to zamówiłam koftę i dostałam wielką kopę kaszy z odrobiną sosu i trzema małymi suchymi serowymi kulkami... Bardzo niesatysfakcjonujące.

Przepis na dzisiejszą koftę wzięłam z bloga sojaturobie.pl, którego odkryłam całkiem niedawno, a który jest pełen inspirujących pomysłów, aż proszących się o wypróbowanie. Polecam!


Kofta wyszła super, moim zdaniem zdecydowanie wygrywa z tą, którą możemy zjeść w popularnej sieci barów. Zwarta konsystencja, podczas smażenia nic się nie rozwala (pewnie można by też upiec, spróbuję następnym razem), tofu ma tu zupełnie inny smak, niż ten, który znam (i za którym nie przepadam). Sos też super (chociaż dosyć rzadki, może za krótko gotowałam), mleczko kokosowe bardzo miło wpływa na smak. Naprawdę dobry obiad :)

Kofta z tofu w sosie pomidorowo-kokosowym

/przepis - sojaturobie/

Składniki

Kofty
(na ok 15 niedużych sztuk)

300 g tofu naturalnego
średnia cebula [zeszkliłam na patelni z odrobiną oliwy, bo wolę smak i aromat cebuli w tej postaci]
3 łyżki soku z cytryny
łyżeczka soli
czubata łyżeczka curry w proszku
po pół łyżeczki zmielonej kolendry i kuminu
opcjonalnie garść posiekanej natki pietruszki
5 pełnych łyżek mąki kukurydzianej
olej do smażenia

Sos

1 i 1/2 szklanki gęstego przecieru pomidorowego (passaty) lub soku
3/4 szklanki mleka kokosowego
3 łyżki oleju
czubata łyżeczka curry
czubata łyżeczka startego na drobnej tarce korzenia imbiru
2 łyżki soku z limonki (cytryny) lub więcej
garść posiekanej natki pietruszki

Wykonanie

Tofu odciśnięte z nadmiaru wody w papierowych ręcznikach wstępnie rozgniatam widelcem, wrzucam do blendera i blenduję z sokiem z cytryny i pokrojoną dość drobno cebulą, dodaję przyprawy, miksuję chwilę. Mieszam z pokrojoną natką i mąką kukurydzianą. Z gotowej masy formuję niewielkie kulki zwilżonymi dłońmi, lekko spłaszczam, smażę na złoto z obu stron na rozgrzanym na patelni oleju, wykładam na papierowe ręczniki.
W niewielkim garnku rozgrzewam olej na sos, wrzucam curry, prażę na niedużym ogniu przez minutę, dodaję imbir, mieszam, wlewam przecier pomidorowy, podgrzewam przez kilka minut, dodaję mleko kokosowe, mieszam i wyłączam gaz. Przyprawiam sokiem z limonki, w zależności od stopnia przyprawienia przecieru, być może potrzebna będzie także sól. Posypuję posiekaną natką.
Jeśli danie będzie zjedzone zaraz po przygotowaniu, można przełożyć kofty do sosu, ale jeśli miałyby być konsumowane następnego dnia np. - warto i kofty i sos trzymać w oddzielnych naczyniach.


U mnie kofta z kaszą gryczaną. Zrobiłam z połowy podanych składników - spokojnie wystarcza dla dwóch osób.
A niedługo postaram się napisać parę słów o książkach - po gwiazdkowych prezentach uzbierał mi się spory stosik (aktualnie czytany).
Miłej niedzieli!

wtorek, 2 lipca 2013

pora na bób!

Lubicie bób? Bo ja bardzo. Pierwszy w roku jedzony zawsze łapczywie, łuskany prosto do buzi.
Mniam!
Wczoraj zjadłam go tyle, że aż rozbolał mnie brzuch ;)

Dopiero po zaspokojeniu pierwszego głodu na bób można pomyśleć o jakimś bardziej skomplikowanym daniu.

Dziś u mnie pęczotto z bobem i suszonymi pomidorami.


Pęczotto z bobem i suszonymi pomidorami

Składniki:

100 g kaszy pęczak
ok. 200 g świeżego bobu
ok. 50 g suszonych pomidorów (u mnie z zalewy, ale mogą być też po prostu suszone)
1 cebula
1/2 l bulionu warzywnego
oliwa
sól, pieprz, tymianek

Bób gotuję we wrzątku przez ok. 15-20 minut (do miękkości), następnie obieram. Cebulę kroję w kostkę, szklę na patelni z odrobiną oliwy. Wsypuję na patelnię pęczak, smażę na małym ogniu przez ok. 3 minuty, co jakiś czas mieszając. Wlewam pierwszą chochlę bulionu, czekam aż się wchłonie. Stopniowo dodaję resztę bulionu. Gdy pęczak jest już miękki i cały bulion zostaje wchłonięty, dodaję obrany bób i pokrojone suszone pomidory. Całość mieszam. Doprawiam do smaku. Gotowe.


Jak to dobrze, że jest lato!

czwartek, 23 maja 2013

sałatka w biegu /dzieje się!

Zauważyłam pewną prawidłowość - w moim życiu dzieje się tak, że albo nudy-nudy-nudy-długo-długo-nic (wtedy też następuje wzmożona aktywność kulinarna), albo nagle coś się rusza i wtedy dzieję się wszystko naraz.

Z różnych źródeł pojawiają się atrakcyjne propozycje, w mieście trwają ciekawe imprezy, na które nie można nie iść, przyjaciele wyciągają na kawę lub na piwo. I nagle czasu brak na cokolwiek innego (a doktorat miał się pisać, a oczywiście stoi w miejscu).

Wtedy czasem zdarza mi się narzekać, że się nie wyrabiam, ale mimo wszystko zdecydowanie wolę, kiedy dzieje się dużo. Zastoje mi nie służą - rozleniwiają i sprawiają, że staję się wredna dla otoczenia ;)

Teraz nastał jeden z tych szalonych okresów. W domu prawie nie bywam, nie licząc skrupulatnie wydzielonych momentów, kiedy trzeba wrócić i pójść z psem na spacer. Sporo wyjść, spotkań, pomysłów na najbliższe miesiące.

Ubolewa na tym oczywiście ten blog, bo jedzenie też odbywa się w biegu. Nie lubię jeść w pośpiechu, wzbraniam się przed stołowaniem się na co dzień w mieście, wolę sama coś przygotować i celebrować ten moment. No ale czasem się po prostu nie da.

Dlatego w najbliższym czasie moja aktywność tutaj może być słabsza, wybaczcie!

Dziś obiad na (bardzo) szybko - sałatka, którą robi się w 15 minut. W roli dressingu wystąpił prezent przywieziony przez przyjaciółkę prosto z Tajlandii - sos ananas-chili (cudownie ostry i słodkawy jednocześnie).


Sałatka z rukolą, cukinią i granatem

Składniki (na jedną porcję):

garść rukoli
pół cukinii
pół ogórka
kilka pomidorków koktajlowych
czerwona fasola z puszki
kawałek granata

dressing - sos ananas-chili

Do salaterki wrzucamy rukolę, pokrojonego ogórka i pomidorki, fasolę. Dorzucamy zgrillowaną cukinię i pestki granata. Polewamy sosem.

Smacznego!

sobota, 27 kwietnia 2013

sobota / zielone pęczotto

Senna sobota i próby ogarnięcia się.
Kiepsko mi dziś idzie. Pęczak rozsypany na podłodze, wszystko wypada z rąk.
Złośliwość rzeczy martwych.

No ale wreszcie jest - obiad. Pęczotto po raz pierwszy.


Zielone pęczotto ze szpinakiem i groszkiem

/przepis z Kuchni w wersji light/

SKŁADNIKI:

100 g pęczaku
600 ml bulionu warzywnego
150 g świeżego szpinaku
1 mała puszka zielonego groszku [dałam mrożony groszek]
1 mały ząbek czosnku
oliwa

Na patelni rozgrzej niewielką ilość oliwy (1 łyżeczka) i wrzuć szpinak. Podsmaż go, cały czas mieszając. Gdy „zwiędnie”, dodaj przeciśnięty przez praskę ząbek czosnku. Wymieszaj i zdejmij z ognia. Przestudź i zmiksuj blenderem. Cebulę posiekaj w drobną kostkę.
Na patelni rozgrzej oliwę, wrzuć cebule i zeszklij, dodaj pęczak i podsmaż kilka minut, cały czas mieszając.
Wlej odrobinę bulionu i ponownie wymieszaj.
Bulion dodawaj stopniowo, gdy kasza go wchłonie - wlej ponownie, mieszając przez cały czas.
Po około 20 minutach dodaj zmiksowany szpinak i duś, dopóki kasza nie będzie al dente - dolewając cały czas bulion. Pęczotto musi być gęste i lekko al dente.
Dodaj zielony groszek i delikatnie wymieszaj. Dopraw do smaku solą i pieprzem.

piątek, 12 kwietnia 2013

lek na całe zło. zupa i książka

W taki dzień jak dziś, chce mi się ciepłej, rozgrzewającej zupy. Najchętniej nie wychodziłabym z domu i zaszyłabym się pod kocem z książką.
Ale tak dobrze nie ma, wyjść trzeba będzie, a tymczasem - obiad.

Przepis na tę zupę znalazłam na blogu Weganie i od razu mi się spodobał. Cukinia i papryka, pycha!


Zupa z pieczonych warzyw

Składniki:

2 małe cukinie
1 duża czerwona papryka
1 mała czerwona cebula
2 duże ząbki czosnku
1 litr bulionu warzywnego
1 łyżeczka rozmarynu [zastąpiłam tymiankiem]
2 łyżeczki cukru [dałam jedną łyżeczkę]
oliwa z oliwek
sól
pieprz

Włączyć piekarnik na 200° C.
Warzywa umyć i pokroić. Ułożyć na blaszce i pokropić oliwą z oliwek. Piec 50 min prócz czosnku - ten po 20 min pieczenia należny wyciągnąć, inaczej zostanie z niego sam popiół.

[Ja pokroiłam cukinię i cebulę, ale paprykę przekroiłam tylko na pół i piekłam połówki w całości, dzięki temu można po upieczeniu łatwo ściągnąć z papryki skórkę. Czosnku nie kroiłam, tylko włożyłam ząbki w całości - potem wygodnie się je "wyciska".]

Upieczone warzywa ściągamy z blachy i przekładamy do garnka. (Jeżeli użyliście folii aluminiowej, trzeba to robić ostrożnie, gdyż folia może się rwać i jej kawałki będziecie mieć w zupie). Warzywa zalewamy bulionem, dodajemy rozmaryn oraz cukier i doprowadzamy do wrzenia. Gotujemy 3 min.

Całą zupę miksujemy w blenderze, a na końcu doprawiamy do smaku solą i pieprzem. Idealnie smakuje z kawałkami smażonego tofu.

[Podałam z tofu podsmażonym z oliwą i sosem sojowym, którego nie widać, bo zupa jest dość rzadka, więc nie pozostało na wierzchu. Zupa z tofu smakuje świetnie!]



A w tle lektura na weekend - najnowsza książka autora Przekleństw niewinności i Middlesex -Jeffrey'a Eugenidesa.
Lekturę Intrygi małżeńskiej dopiero zaczęłam, więc nie mogę zbyt wiele napisać, poza tym, że wciąga od samego początku. 
Jeśli nie czytaliście jeszcze nic tego autora, to szczerze polecam. Świetnie się go czyta. Eugenides ma talent do konstrukcji niebanalnych, wielowymiarowych postaci. A oprócz tego daje się wyczuć jego gruntowne, humanistyczne wykształcenie, które często przemyca w zainteresowaniach swoich bohaterów.

Ulubioną lekturą Madeleine z Intrygi małżeńskiejFragmenty dyskursu miłosnego Barthesa. Każdy z bohaterów ma tu silnie zarysowaną pasję, poglądy, rzec można - cały kulturowy background.

A jednak Eugenides nie wprowadza tych wątków po to, aby pochwalić się eurudycją. Raczej pokazuje, jak dyskurs, w którym się obracamy, kształtuje to, kim jesteśmy - nasze relacje z innymi ludźmi, wyobrażenia, pragnienia.
Osobiście wydaje mi się to szalenie ciekawe i pewnie dlatego już po samym opisie i po przeczytaniu wywiadu z autorem tak chętnie sięgnęłam po Intrygę małżeńską. Ale nie bójcie się nadmiernego teoretyzowania. Książki Eugenidesa to przede wszystkim przyjemność płynąca z tekstu, czyta się je jednym tchem.
Polecam!

środa, 20 lutego 2013

mój miesiąc luty

Urodziny minęły. Znowu można zapomnieć o tym, ile ma się lat.
Dziękuję tym, którzy wczoraj ze mną przemijali ;-)

Zimo, idź już sobie! [żeby nie powiedzieć bardziej dobitnie]

link

A ostatnio sporo piekłam. Docieramy się jeszcze z nowym piekarnikiem - brownie trzymałam za długo, przez co się kruszyło, ciasto z owocami za krótko, w efekcie czego było zbyt blade. Tu potrzeba czasu, jak w każdym nowym związku ;)

Zgodnie z zapowiedzią, podaję przepisy na smakołyki z poprzedniego posta.


Pełnoziarniste pieczone pierogi ze szpinakiem i serem

Wszystkim bardzo smakowały. Ciasto ma fajną konsystencję i barwę. Troszkę mi się rozklejały podczas pieczenia, ale i tak były super. Warto zrobić taką trochę inną i trochę zdrowszą wersję pierogów.

/przepis za Just My Delicious/

Składniki na ciasto na pierogi pełnoziarniste (ok 20 sztuk):

1 szkl mąki pszennej
1 szkl mąki razowej
1 jajko
sól do smaku
pieprz do smaku
1,5 łyżeczki curry
1 łyżeczka cukru
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1/2 szkl gęstej, kwaśnej śmietany

Połącz ze sobą wszystkie składniki na jednolite, nieprzywierające do dłoni ciasto.

Składniki na farsz ze szpinaku i sera:

1 łyżka masła
300g szpinaku
3 łyżki gęstej, kwaśnej śmietany
3 łyżki sera gorgonzola
1/2 kostki sera feta
pieprz czarny do smaku
sól do smaku

Szpinak podduś na patelni z dodatkiem masła, następnie dodaj do niego śmietanę, oba rodzaje sera i przyprawy. Podduś do czasu, aż masa lekko zgęstnieje. Pozostaw do przestygnięcia.

Kiedy farsz przestygnie, wypełniaj nim krążki wycięte z rozwałkowanego ciasta, każdy zlep dokładnie i ułóż na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.

Dodatkowo:

1 jajko
1 łyżka mleka
pestki dyni

Wierzch każdego pieroga posmaruj roztrzepanym jajkiem wymieszanym z mlekiem. Następnie na powierzchnię każdego pieroga przyklej pestki dyni. Piecz w 190C przez ok 30-35 minut.



Ciasto 'do góry nogami' z cytrusem

Nie będzie to raczej moje ulubione ciasto, przede wszystkim dlatego, że wyszło mi trochę zbyt blade, chociaż to pewnie wina mojego nowego piekarnika, a nie przepisu. W smaku niezłe, chociaż jak dla mnie trochę za mało wyraziste.

/przepis za Wegan Nerd!/

Składniki:

1 szklanka mąki
3/4 małej łyżeczki proszku do pieczenia
szczypta soli
szczypta sody oczyszczonej
1 szklanka mleka sojowego
4 łyżki soku z grejpfruta
1/2 szklanki + parę łyżek stołowych cukru
2 krople aromaty waniliowego
3 łyżki oleju + łyżeczka
1 grejpfrut/pomarańcz
 
Nagrzej piekarnik do 170 stopni. Owoce obierz ze skórki i pokrój na cienkie plastry. Tortownicę */lub inne naczynie lekko posmaruj oliwą. Ułóż w przygotowanym wcześniej naczyniu do pieczenia owoce. Posyp owoce cukrem, od serca albo rozsądnie. Włóż do piekarnika.
W tym czasie odlej szklankę mleka sojowego i dodaj do niego świeżego soku z grejpfruta. Wymieszaj. Przesiej suche składniki do miski. Dodaj mleko i zacznij mieszać ciasto. Możesz pomóc sobie mixerem. Dodaj cukier i ciągle mieszaj Na koniec dodaj olej i aromat waniliowy. Wyciągnij owoce z piekarnika i zalej je ciastem. Piecz około 30 minut. Po upieczeniu niech się chwile ostudzi.
Następnie przykryj naczynie, w którym piekło się ciasto dużym talerzem i odwróć zdecydowanym ruchem tak by ciasto opadło na talerz.

*  Jeśli planujesz piec w tortownicy z rozkładanymi bokami obłóż tortownice z zewnętrznej strony od dna folią aluminiową. Soki z pod owoców mogą wylewać się przez szparki i można łatwo ubrudzić piekarnik.



Owsiane ciasteczka z solonymi orzeszkami ziemnymi i gorzką czekoladą

Te ciastka bardzo polecam! Super połączenie słodkiego i słonego (chociaż sól sama w sobie nie jest wyczuwalna, fajnie komponuje się z czekoladą). Wszystkim bardzo smakowały. Pewnie je jeszcze kiedyś powtórzę.

/przepis za Crispy Biscuits/

Składniki: 

(35-40 ciasteczek)

1/2 szklanki płatków owsianych górskich,
1/2 szklanki płatków owsianych błyskawicznych,
1 szklanka mąki pszennej,
2/3 szklanki cukru trzcinowego,
1 płaska łyżeczka sody,
100 g masła,
1 jajko,
1 łyżeczka cukru z prawdziwą wanilią (ewentualnie cukier wanilinowy/olejek waniliowy),
90 g gorzkiej czekolady grubo posiekanej (1 kostka na 4-6 mniejszych kawałeczków),
80 g grubo posiekanych orzeszków ziemnych solonych.

Wykonanie:

Mąkę przesiać ze sodą. Dodać cukier, cukier z wanilią, płatki owsiane i posiekane orzeszki. Wymieszać. Masło rozpuścić, wlać do pozostałych składników. Jajko rozmącić i wszystko razem zamieszać. Dodać posiekaną czekoladę, połączyć składniki. Blachę wyłożyć papierem do pieczenia. Z ciasta formować kulki wielkości małego orzecha włoskiego, kłaść na blaszkę i spłaszczyć dłonią. Piec 16 min. w 175°C z termoobiegiem. Zostawić na blaszce do przestygnięcia, następnie przełożyć na kratkę, aż całkowicie wystygną.


Tyle na dzisiaj. Dobrze jest mieć znowu piekarnik.
I dobrze jest mieć urodziny, chociaż raz w roku zdecydowanie wystarczy ;)

czwartek, 14 lutego 2013

nieromantyczny. najszybszy. zielony obiad :)

Dziś obiad rezerwowy, taki, kiedy nie chce mi się wymyślać nic nowego, a lodówka świeci pustkami i trzeba kombinować z tym, co jest. Wtedy zawsze ratuje mnie szpinak i makaron.
Połączenie, które nigdy się nie nudzi.



Makaron ze szpinakiem, orzeszkami i słonecznikiem

Składniki:

makaron (u mnie orkiszowy ze spiruliną)
szpinak
serek kremowy
ząbek czosnku
orzeszki ziemne, ziarna słonecznika
sól, pieprz, chili

Nie podaję dokładnych proporcji, bo wszystko zależy od tego, na ile osób ma być obiad i jak bardzo jesteśmy głodni :) Ja dodaję wszystkiego na oko. Najpierw gotuję makaron, w drugim garnku podgrzewam szpinak, dodaję serek, wyciśnięty ząbek czosnku i przyprawy. Makaron łączę ze szpinakiem i posypuję orzeszkami i słonecznikiem (uprażonymi wcześniej na suchej patelni). Gotowe :)


poniedziałek, 11 lutego 2013

słodko! trufelki x 2

To będzie wpis z dedykacją. Klara & Greg, you made my day! :-)


Niestety nie mogę Wam przesłać robionych dziś słodkości, ale niedługo się widzimy, a wtedy upiekę Wam, co tylko sobie wymarzycie! ;-)

A dziś znowu trufelki (tak tak, w dalszym ciągu nie mam piekarnika) w dwóch rodzajach.


Trufelki nr 1 - kokosowe a'la "Bounty"

/przepis z Veggie Porn/ - robiłam z połowy proporcji


Składniki:

120 g cukru pudru
230 g wiórków kokosowych
50 ml mleka kokosowego
½ tabliczki gorzkiej czekolady
kilka łyżek mleka sojowego
wiórki kokosowe

W misce mieszamy cukier i mleko, dodajemy wiórki kokosowe. Blendujemy wszystko razem, ale nie długo, dosłownie kilka sekund, tak aby wszystko łatwiej się lepiło. Otrzymaną masę wkładamy do zamrażalnika na mniej więcej godzinę. W wodnej kąpieli rozpuszczamy czekoladę dodając odrobinę mleka sojowego, tak aby ją rozrzedzić. Trzeba odczekać chwilę zanim zaczniemy zanurzać w niej kokosowe kulki, bo w zbyt ciepłej mogą się roztopić. Wyjmujemy kokosową masę z zamrażalnika. Małą łyżeczką wyciągamy porcję, rolujemy ją w rękach w kuleczkowy kształt. Kuleczkę kładziemy na widelcu, widelec zanurzamy w czekoladzie, pozwalamy nadmiarowi czekolady skapnąć. Czekoladową kulkę obtaczamy w wiórkach kokosowych i odkładamy na bok. Gdy wszystkie są już gotowe, wkładamy je na dwie godziny do lodówki. Najlepiej smakują jedzone jedna za drugą ;) Smacznego!

Trufelki nr 2 - daktylowe z bananem i bakaliami 

/inspiracja z with love to green/

Składniki:

100 g daktyli
1 banan
wszelkie ulubione dodatki, u mnie: żurawina, orzechy włoskie, orzechy ziemne, mieszanka muesli, sezam
kakao do obtoczenia

Daktyle zalałam wrzątkiem (wody trochę nieco powyżej poziomu daktyli) i odstawiłam na ok. godzinę. Potem zblendowałam daktyle razem z wodą, dodałam banana (w oryginalnym przepisie są same daktyle, ale ich smak wydawał mi się zbyt mdły). Powstała jednolita, dosyć rzadka papka. Dorzuciłam wszystkie bakalie tak, żeby zagęścić masę. Lepiłam kulki i obtaczałam w kakao.

Wszelkie konfiguracje dozwolone. Puśćcie wodze fantazji! ;)


U mnie trufelki przed próbowaniem nie odczekały tyle, ile powinny, więc były trochę miękkie, ale w smaku wyśmienite.

Trufelki kokosowe to doskonała imitacja ulubionego batonika. Naprawdę, gdybym wiedziała, że to takie proste, to już dawno bym je zrobiła! :)
Trufle daktylowe z kolei bardzo odpowiadają moim preferencjom smakowym, bo lubię wszelkie słodycze z bakaliami. Daktyl i banan dają fajne połączenie smakowe. No i są dużo słodsze, niż trufelki, które robiłam ostatnio.

Polecam obie kombinacje!

/oba przepisy są wegańskie/

sobota, 9 lutego 2013

banan + kokos. i trochę kolorów

Uwielbiam wszystkie desery z bananami w roli głównej. Ciasteczka, muffiny, lody itd. Przepis Mirabelki już dawno zwrócił moją uwagę i został wpisany na listę "do wypróbowania". Dziś nadarzyła się okazja, zwłaszcza że nadal nie mogę nic upiec. Kolejny pomysł na wykorzystanie tapioki, kolejny przepis bez piekarnika. Polecam.



BANANY I TAPIOKA W MLEKU KOKOSOWYM 

(na 3 porcje)

3 banany
600ml wody
½ szklanki tapioki
½ szklanki cukru /zastąpiłam Stewią - dałam 3 płaskie łyżki/
200ml mleka kokosowego
1 łyżeczka mąki kukurydzianej /pominęłam, konsystencja była wystarczająco gęsta/
szczypta soli

W rondlu zagotować wodę. Wsypać tapiokę, zmniejszyć płomień do małego i gotować ok. 10 minut, aż perełki tapioki staną się przejrzyste. Dodać cukier i szczyptę soli, zamieszać. Następnie wlać mąkę kukurydzianą rozmieszaną w małej ilości zimnej wody i mieszać 2-3 minuty, aż płyn zgęstnieje.
Banany obrać, przekroić na 3-4 części każdy. Dodać do tapioki razem z mlekiem kokosowym. Zwiększyć ogień i gotować ok. 5 minut, aż banany staną się miękkie, ale nie będą się jeszcze rozpadać. Rozdzielić deser do miseczek na pojedyncze porcje.
Podawać na gorąco lub ciepło.

(źródło: „Księga Smaków Świata” Buchmanna)


Połączenie smaku banana i kokosa to jedno z moich ulubionych. Fajny, nietypowy deser, a przy tym szybki i prosty w przygotowaniu. No i dozwolony dla wegetarian i wegan :)

czwartek, 7 lutego 2013

zamiast pączka...

Nie, nie będzie dziś pączka. Osobiście ich po prostu nie lubię, dlatego zjadłam dziś połowę i wystarczy mi na cały rok ;)

A zamiast pączka, jako że w dalszym ciągu nie mam piekarnika, bardzo zdrowe słodkości bez pieczenia. Zdecydowanie dla tych, którzy nie przepadają za bardzo słodkimi słodyczami :) Tutaj przeważa smak banana, no i posypek, które wybierzemy.



Owsiane kuleczki

/przepis stąd - klik/

Składniki:

2 spore banany
50g wiórków kokosowych + trochę do obtoczenia
150-180g płatków owsianych
olej rzepakowy
2 łyżki golden syrupu /dałam miód/

do obtoczenia:
kakao
sezam
wiórki kokosowe
karob

Kroimy banana na cienkie plasterki i wrzucamy do garnka razem z wiórkami kokosowymi. Dodajemy troszeczkę wody, żeby dno garnka się nie przypaliło i gotujemy około 10 minut, często mieszając, aż powstanie jednolita papka. Płatki owsiane prażymy w osobnym garnku z niewielką ilością oleju, aż zarumienią się i zrobią się chrupiące. Dodajemy je do ugotowanych bananów i mieszamy. Masa powinna być dość kleista, jeśli nie jest dodajemy śmietanki.

Z masy formujemy kuleczki i obtaczamy je np. w wiórkach kokosowych, kakao i sezamie.
Wstawiamy je na ok. 15 minut do piekarnika nagrzanego do 150 stopni C.
/Pominęłam proces pieczenia i wyszło ok/.
Po wyjęciu i odczekaniu, aż ostygną, odstawiamy je przynajmniej na pół godziny do lodówki, aby się schłodziły. Podajemy schłodzone.


sobota, 2 lutego 2013

brokułowy klasyk - na zdrowie

Nie znoszę chorować. I jak tylko czuję, że coś mnie bierze, próbuję oszukać swój organizm, zignorować ten fakt i funkcjonować jak gdyby nigdy nic. Wspomagam się oczywiście jakimiś lekami, ale nie pozwalam sobie na zalegnięcie w łóżku i chorowanie. Czasem całkiem skutecznie udaje mi się przechytrzyć samą siebie. I mam nadzieję, że tym razem też tak będzie. Bo na chorowanie zupełnie nie mam czasu.

A na pocieszenie zrobiłam sobie zupę - tak klasyk, który na pewno każdy z Was wiele razy robił (albo chociaż jadł) - krem z brokułów.


Zupa krem z brokułów

Składniki:

* 1 brokuł
* 1/2 litra bulionu warzywnego
* 1 cebula szalotka
* 1 duży ząbek czosnku
* sól, pieprz, chili

Przygotowanie tej zupy to oczywiście banał i zajmuje chwilę. Brokuła gotuję w bulionie aż zmięknie, dodaję zeszkloną na oliwie cebulkę i wyciśnięty czosnek. Doprawiam, a następnie blenduję. Podaję z jogurtem, uprażonymi ziarnami słonecznika i orzeszkami ziemnymi, dodaję razowe grzanki.

Smacznego.

I pamiętajcie, nie chorujemy!


wtorek, 22 stycznia 2013

tapioka po raz pierwszy

Znacie tapiokę?

Ja, przeglądając ulubione blogi (a dużą ich część stanowią te wegetariańskie i wegańskie) często się na nią natykam. Ostatnio wpadła mi w oko, gdy robiłam zakupy w eko-sklepie. Skusiła mnie cena, coś około sześciu złotych za 400 g.

Dla tych, którzy pierwsze słyszą - tapioka to produkt skrobiowy otrzymywany z manioku, czyli rośliny uprawianej w Gujanie, Singapurze, Brazylii, Antalyi i na Jawie. Tapioka jest hipoalergiczna i lekkostrawna, nie zawiera glutenu ani cholesterolu. Granulki świetnie nadają się do wyrobu budyniów i leguminy.

Przejrzałam kilka przepisów z tapioką w roli głównej i zrobiłam banalnie prosty wegański deser czekoladowy.


Czekoladowy budyń z tapioką i kremem kasztanowym

* szklanka mleka sojowego czekoladowego
* 4 łyżki tapioki
* 2 pastylki Stewii (naturalny słodzik)
* parę kostek wegańskiej gorzkiej czekolady
* łyżka kremu kasztanowego na wierzch

Tapiokę trzeba pomoczyć w zimnej wodzie przez co najmniej pół godziny. Potem wrzucamy ją do mleka i gotujemy na małym ogniu (razem ze słodzikiem i czekoladą) przez ok. 20 minut - aż tapioka zmięknie i znacznie zwiększy swoją objętość. Masa powinna być gęsta. Studzimy i jemy.


Tapioka nadaje deserom fajnej konsystencji. Sama w sobie jest bez smaku, ale jest w pełni roślinna i zdrowa, więc warto się z nią zapoznać. Pewnie jeszcze kiedyś coś z nią wymyślę.

Piekarnika w dalszym ciągu brak, jest w naprawie. Tęsknię za nim i już myślę, ile dobrych rzeczy upiekę, kiedy wróci ;)

piątek, 18 stycznia 2013

winter, i don't like you anymore.

marzę o wiośnie.

o świeżych owocach i warzywach.

i o Berlinie.



Póki co trochę wiosny na talerzu. Energetyczny kuskus podpatrzony na zjedz-mnie.


Kuskus z papryką i kukurydzą


Składniki:

kuskus (ok. pół szklanki suchego)

papryka czerwona

kukurydza

sól, pieprz, chili

oliwa

Przysmażamy pokrojoną w kostkę paprykę oraz kukurydzę. Kuskus przygotowujemy według instrukcji na opakowaniu, czyli zalewamy ok. 1 cm ponad jego powierzchnię wodą. Po chwili do przysmażonych warzyw dorzucamy kuskus, solimy i smażymy jeszcze chwilkę by kuskus stał się chrupiący. Gotowe!